2011
Czwartek 24.03.2011 - Zbąszyń - Łazienki:
Dzisiaj miałem niezły wycisk. Chciałem popływać na 8,5 bo prognozowali 22km/h - zastanawiałem się. Rano jak przyjechałem nie było tak źle, ale przezornie wziąłem 6,9 i z początku było nawet mało wiatru ale później super. Jak Waldzio przyjechał, to śmigałem na całego, ale trochę później rozwiało się i ciężko było podnieść żagiel. Waldek tez się męczył, patrzyłem - chyba 5 razy próbował wstać ja siedziałem na desce i czekałem aż się uspokoi, w końcu podniosłem żagiel i hajda, ale za niedługo gleba. Męczę się z podniesieniem żagla, w końcu podniosłem ale szkwał duży, ze żagla ni jak okiełznać i znowu gleba. Odpoczynek, czekam a tu szkwali i szkwali. Już kolejna próba podniesienia żagla, nagle pękł fał, wpadłem z pluskiem do wody. No nic, nawet nie próbowałem naprawiać, bo i tak wiatr za duży. Spycha mnie do wschodniego brzegu w trzciny, pomagałem sobie rękami by w końcu dobrnąć do trzcin, dobrze, że miałem skafander i słońce było - dobre pół godziny walczyłem. Wreszcie zepchnęło mnie w szuwary. Czekam aż wiatr się uspokoi. Zapowiadali ze o g.13 ma wiać 22 km/h później mniej, a tu nic, faliska jak na morzu nawet na desce ustać trudno bo wicher spycha do wody. Rad nie rad, sprzęt zostawiam i włażę do wody, trzciniska geste, lezą połamane, wody pod szyje do brzegu ze 30 m. horor. Rozsuwam trzciny i trochę idę, trochę płynę na czworakach bo trzciny zapierają, normalnie jak ten Ber Gryl co walczy o życie w szkole przetrwania, jeszcze 10 m, - już wody do piersi, wyszedłem umęczony ze hej, a tu jeszcze woda po uda i gałęzie ale nic, idę bo widzę, w oddali nasyp - ze 40 m. Łamie gałęzie po drodze, by później trafić. Wreszcie wyszedłem. Dotarłem do Łazienek, Kuba i Wojtek mnie witają widzieli, ze leżałem na wodzie, ale później zniknąłem i mnie nie mogli znaleźć w tych szuwarach. Jacek się pojawił, umówiłem się z nim koło cmentarza jak pojadę z powrotem, ale nie wiem jak tego dokonam. Niby po jakiś 40 min wiatr ciut słabszy wiec idę z powrotem w te szuwary, aż się boje jak dotrę do zestawu. Jakoś dotarłem gramolę się na deskę z długim kijem, może się poodpycham przy trzcinach, ale z tych trzcinowisk ani rusz nie mogę zestawu wypchnąć, a włazić do wody już mi się nie chce ,poczekam myślę aż jeszcze trochę wiatr zelży, ale gdzie tam, wieje jeszcze bardziej aż nie mogę ostać na desce - no horror. Czekam i czekam i nic, wieje jak diabli nie mam szans. Już nawet Wojtek z synem nie pływają - mieli żagle mniejsze 5 i chyba 6m2 i wcześniej zasuwali że ho, ho. Kuba pływał na 8,5 bo tak jak ja sądził, ze wiatr nie będzie dużo silniejszy jak prognozowany. Do 12-tej pływał jak ja, a trochę później spasował .Ale do rzeczy, widzę ze nie doczekam się mniejszego wiatru, Złażę znowu z dechy i a piać znowu przedzieram się do brzegu doczłapałem do łazienek a tu nikogo nie ma, no ładnie - usiadłem na ławce a tu wieje, ze drzewa aż huczą. Myslę sobie - muszę się dostać do Nądni, a po zestaw jutro przyjadę jak wiatr będzie mniejszy. Pochodziłem trochę podumałem. Wiatr niby słabszy, faliska już mniejsze idę z powrotem. Najgorsze to przedzieranie, teraz będzie 4 raz. Już, wreszcie jestem przy desce, aż mi się dziwne wydaje, śniadanie tylko zjadłem, a tu już chyba koło 4 lub 5 -tej i sił mi nie brakuje - dobrze że pracowałem nad kondycją. Jestem po szyje w wodzie i tarmoszę zestaw przez trzciny. Wstaje wreszcie na desce i pomału rwąc trzciny wypływam ... co za ulga. Fał naprawiłem urwał się przy przegubie. Wiaterek teraz taki, ze się spokojnie w ślizgu płynie, od czasu do czasu szkwalik, że pokładam się za deskę w strapach. Za to wszystko teraz chociaż sobie popływam, zygzaczkiem pod wiatr do Nądni, a tam wiatr kreci, wpadłem ze 2-3 razy, ale wreszcie dopłynąłem wiatr już osłabł na końcu wypornościowo dopłynąłem .Co za pływanie. Już ciemno było jak dojechałem do domu.
comment by Andrzej
Jeśli nie życzysz sobie zdjęć lub filmów ze swoim udziałem, skontaktuj się z administratorem strony.

